Getting started can be the hardest part.
Success is earned, one step at a time. One of the most invaluable skills a person can have is being able to clearly express what it is they want.
-
Jaki wygląd domu wybrać ?
Na to pytanie w zasadzie nie da się odpowiedzieć. Albo co najmniej nie trzeba, bo przecież o gustach się nie dyskutuje. No, ale można przynajmniej postarać się trochę odnieść do tego, z czego da się obecnie wybierać. Może to jednak pomoże.

Wracając do niedyskutowania – to chyba wzięło się od Kanta, który twierdził, że wrażenia estetyczne są „przedpojęciowe”. Jak na coś nie wymyślono pojęcia (nie mam pojęcia…), czyli tego nie nazwano, to nie da się tego ogarnąć rozumem i tyle, według niego. Czyli – podoba mi się, bo tak, podoba mi się i co mi zrobisz?
Trochę światła na podobanie się może, być może, rzucić inny głębszy prawie-cytat. „Jak ma mi się podobać coś, czego nie widziałem wcześniej?” No bo, w końcu, nawet jak czegoś nie potrafimy nazwać, to jednak obrazek w głowie nosić możemy. Dotyczy to każdego, a artyści tylko tym się różnią od reszty, że taką inspirację potrafią po swojemu rozwinąć.
To teraz o tych inspiracjach, które stworzyły nasze miasta i wsie. Będzie wybiórczo i subiektywnie, obiecuję.
Chaty. Panowały na naszej przestrzeni przez setki, a nawet tysiące lat. Z archeologii wiemy, że w pradziejach istniały co najmniej 2 ich rodzaje. Germańska i słowiańska. Chata germańska była długa, imponowała rozmiarem (lebensraumem, no przecież) i komunikowała sobą ambicje mieszkańców. W końcu nawet rzymskie określenie na te ludy miało dużo wspólnego z ich chatami. Drugi rodzaj, to wrodzona skromność. W końcu któż mógł mieszkać w półziemiankach, jeśli nie Słowianie? Do tego dochodzi jednak pewna przytulność i efektywność energetyczna, bo takie zagłębione w ziemi zwarte konstrukty być może spełniały normy europejskie…
Potem było już łatwiej, bo obraz archetypu chaty każdy ma przed oczami. Okna, drzwi, wszystko przykryte strzechą, nieduże, ale dla jednej rodziny starczy. Choć, jeśli przejść się po skansenach, to niuansów nie brakuje. Historyczne chaty, na przykład te z XIX wieku, różniły się regionalnie dość znacznie. I to czyni je ciekawymi.Chaty budowało się, na moje oko, gdzieś do lat 60 XX wieku, z tym, że w pewnym momencie bale zaczęto przykrywać deskowaniem, często dostawiając też ganek, a całość robiąc na podmurówce (jak chwalił wieszcz – z drzewa, lecz podmurowany). Moja przedpojęciowa opinia o takich chatach – zacne, a ganki po prostu cudne!
Potem, wraz z postępem, pałeczkę przejęły domy z betonu (kamienia, cegły, żużla, pustaka wszelakiego rodzaju). Wiadomo, trwalsze, czyli po prostu lepsze, postępowe. Skoro każde dziecko wie, że zastał drewnianą, a zostawił murowaną i przez to ze zwykłego Kazimierza stał się Wielkim, to kamienne musi być lepsze od drewnianego. W końcu drewniane to mógł mieć każdy, starczyło do lasu pojechać, a taką cegłę to już fabryka musiała dać.
Dziś ciągle w zasadzie chatek się nie buduje, bo od chłopstwa może gremialnie pochodzimy, ale tylko genetycznie. Kulturowo jesteśmy bardziej ambitni, każdy przecież ma w sobie coś ze szlachcica i do jego siedziby (choćby i przedpojęciowo oraz podświadomie) bardzo często nawiązuje. A jak szlachta – to dworki.
O nich za chwilę, a tymczasem wróćmy jeszcze do dwudziestego wieku. Klocki, paczki, kamienne pudełka, tak czasami nazywa się domy z lat 70. i 80. Zwłaszcza te klocki na planie kwadratu, trzypiętrowe, gdzie każde piętro ma taki sam układ, dach kopertowy, miejsca na trzy (takie same?) rodziny, jak znalazł. Cóż, o mieszkania za PRLu było trudno, więc się robiło na wszelki wypadek tak, aby przychówek wraz z rodzinami przygarnąć? No każdy budował taką swoją Arkę Noego, tylko bez funkcji mobilności.
No i przyszły wreszcie te szalone lata 90. Z powiewem jakiejś świeżości, z jakąś, w końcu, stratyfikacją społeczną, której wstydzić się nie było trzeba. I objawiły się dworki.
Dworki, bo – jak pisałem – do czegoś moglibyśmy aspirować, co w nas tak właściwie tkwi, jak nie dworek? Przecież chłop, mieszczanin czy karczmarz, jak tylko jakoś się wzbogacił, to w końcu chciał zostać szlachcicem. A szlachcic mieszkał w dworku.Pierwsze historyczne dwory wcale nie wyglądały tak, jak te najbardziej w naszej zbiorowej wyobraźni zapisane. To były raczej takie klocki ze ścianami ściętymi nieco po ukosie w kierunku środka, bo w czasach ich powstania żelbetu jeszcze nie było, a dzięki temu wszystko to się jakoś trzymało kupy. Zygmunt Stary postawił sobie takie coś w Piotrkowie, żeby się odszlachcić; pokazać, że on tu jest odrębnym stanem sejmującym. Ale szlachta, jak to ona – aspirowała. I podobne dworki sobie pobudowała. Te rozłożyste dworki natomiast to już wiek XVII i to jest właśnie to, co zapadło nam w zbiorową pamięć bardziej od nieco siermiężnych pozygmuntowskich konstrukcji.
Młoda Polska, dwudziestolecie międzywojenne i bliskie im okresy dodały do krajobrazu nieco willi, gdzieś tam regionalnie powstało coś tak udanego jak styl zakopiański, pewne rzeczy z tych stylów weszły do szerszego obiegu. Zasadniczo jednak – dworek. Koniecznie z kolumnami, lukarnami, często oparty o plan z kilku brył na raz, w stylu antyczno modernistycznym, taki dworek zakrólował.
Ma być subiektywnie, więc mogę napisać, czy dworki mi się podobają. Otóż bywa, że tak. Tutaj warunkiem jest jednak otoczenie. Jak masz dworskie otoczenie, to wybuduj dworek. Możesz nawet trochę zaryzykować, dostawić oranżerię, wkomponować garaż. To może się udać. No może poza ośmiokątną wieżyczką – to już tylko dla odważnych. Wiem, można tam wstawić okrągły stół i awansować z byle posesjonata na anglosaskiego króla, ale w normalnym salonie taki stół też się zmieści. Wieże po prostu potrzebują swoich zamków.
Z tych dworków wyewoluowała też duża część domów, które można nazwać „normalnymi”. Większość tego, co zalega w katalogach to są właśnie takie projekty. Są jak kuchnia w kolorze dębowym – przewidywalne do bólu, nie trzeba się więc ich wstydzić i nikt się nie przyczepi.
Zdawać by się mogło, że dworki te będą podlegać kolejnym uproszczeniom formy i w końcu bardziej zbliżą się do chat, przynajmniej jeśli chodzi o regularność bryły. Okazało się jednak, że ubiegł je w tym kolejny pomysł na reaktywację znanego od dawna kształtu, czyli stodoła. Nowoczesna, oczywiście.Nowoczesna stodoła ze stodoły ma kształt (bryłę), a z nowoczesnej minimalizm. Ozdoby, detale wykonywane z nadludzką cierpliwością, a nawet elementy sztuki w architekturze już były, teraz jest tylko prostota. Tak przynajmniej można często skonstatować patrząc na to, co się przewija (w elektronicznych katalogach, jak skrolujemy w dół, gdy włączymy filtr: nowoczesny). Inna nazwa: modernistyczny. A modernizm różni się tym od architektury tradycyjnej, że budynek ma w nim spełniać potrzeby, że tak napiszę, biologiczne. Problem w tym, że tylko. Ozdoby, nawet po prostu jakiś styl, to niepraktyczne fanaberie. Zresztą, mogą się komuś nie spodobać i co wtedy?
Stodoły mają więc to, co jest opłacalne jeśli chodzi o kształt – bryłę zwartą – i prawie nic poza tym. To znaczy nie ma okapów, nawisów (czasem wcale), nawet rynien nie widać. W ten sposób oszczędza się pewnie na materiale, a i robota wydaje się być łatwiejsza (tutaj uwaga – rzeczy takie, jak ukryte rynny to może być wyzwanie dla przeciętnego dekarza). Cóż, może też stodoły, oprócz tej swojej praktyczności, są trochę takim sposobem na pokazanie, że jest się ponadto. Ponad, na przykład, te dworki i chaty… Swoją drogą, ciekawa kolejność rzeczy: z chaty do dworku, a z dworku do stodoły…
Jeszcze zadziwiająca sprawa, choć tylko pozornie. Klimat umiarkowany oznacza u nas klimat zróżnicowany i to może inspirować do wszystkiego. Z jednej strony – do budowy willi jak na południu (dwupiętrowe, bez skosów, z dachami kopertowymi, o niskim spadzie) – przy tym na południu dom służy do ochrony przed słońcem, więc w takich domach okna nie są zbyt duże.
Z drugiej strony – w takiej Skandynawii słońce się łowi. Przeszklenie całej ściany może więc działać dla mieszkańców jak antydepresant. Odważne projekty, zwłaszcza indywidualne, są właśnie takie.Dobrze, najwyższy czas na subiektywne podsumowanie.
Domy nie powinny być nudne. Choć ze względów energetycznych najlepiej jest, jeśli mają bryłę zwartą, to mogą też mieć jakiś styl. I to zalecam. Zrób stodołę w stylu (wietnamskim, American country, angielskim…). Weź pod uwagę, że latem słońce świeci z góry, więc może warto jednak wypuścić nieco dach i pobawić się cieniem. A jak chcesz dworek to jak najbardziej, tylko bez wieży. No, może lamus sobie dobuduj, jak już musisz…A teraz ostatnie wyznanie. U nas jest połączenie bryły stodoły ze stylem baskijskim. Tylko to jest stodoła normalna, a nie nowoczesna. A stodoła tradycyjna wyglądała jak chata, tylko bez okien. Skoro jednak mamy okna, to mamy chatę, po prostu. Okapy jak najbardziej są. No i jest nawet ganek, też inspirowany budowlanką pirenejską, ale też tymi polskimi gankami. Nie ma jeszcze okiennic i paru detali, ale choć ten ganek zwraca uwagę. Panowie budowlańcy różnych fachów, jak chcieli powiedzieć do siebie (telefonicznie), że są właśnie u nas, to precyzowali, że są w tym domu z zielonym gankiem. Czyli jakiś zaczątek charakteru udało się stworzyć. A całość z zewnątrz wygląda, tak mi się zdaje, na mniejszą, niż jest. To też fajne.
-
Jak wybrać projekt domu
Dobrze wybrać projekt to znaczy pogodzić potrzeby z możliwościami. Potrzeby wynikają z liczby domowników i ich (planowanego) trybu życia. Możliwości to koszty, jakie możemy unieść.
Na koszty wpływają: powierzchnia i skomplikowanie budynku.
Planując wielkość weź pod uwagę nie tylko budowę, ale też późniejsze utrzymanie.
Zacznijmy łagodnie. Zamknij oczy, albo przynajmniej przestań myśleć o wszystkim na raz i zwizualizuj sobie, że właśnie wchodzisz do super-hiper marketu. Idziesz pomiędzy półkami i wrzucasz do koszyka to, co Ci się spodoba. Daje atawistyczną satysfakcję, no nie?
Nudziarze radzą jednak, żeby na takie zakupy zabierać listę tego, czego potrzebujemy. Ostatnio ten rozsądek jest dodatkowo podsycany przez taki jeden wskaźnik, ale to inna historia.
Teraz wróćmy na ziemię, a może nawet na działkę. Projekt też można wybrać na dwa sposoby – pierwszy to przejrzeć katalogi i wybrać ten, który nam się podoba. Czyli kupić „z półki”. Potem tylko zwykle wystarczy wydać trzykrotność jego ceny na adaptację i można budować….
Drugi sposób jest bardziej męczący. Najpierw dokładnie spisujemy nasze potrzeby, orientujemy się ile to może kosztować i robimy korektę z punktu widzenia możliwości. Potem dopiero szukamy projektu typowego (tego z półki), który jest najbliższy naszym oczekiwaniom. Jedynie jeśli taki nie istnieje, zlecamy opracowanie projektu indywidualnego od zera.
Projekt indywidualny będzie dokładnie taki, jak chcemy. No, chyba że architekt wytłumaczy nam, że barokowa kopuła, gotycka wieżyczka i do tego niezależnie dach pięciospadowy nie kleją się ze sobą (przez kilkanaście lat oglądałem przez okno przykład dowodzący zerowych zdolności perswazyjnych architektów na takim przykładzie). W każdym razie, projekt indywidualny będzie na pewno najbliższy naszym oczekiwaniom i pozwoli wycisnąć z działki jak najwięcej. Projekty typowe z kolei mają jednak pewną zaletę. Sprzedaje się je w wielu egzemplarzach, więc można na ich „produkcję” poświęcić więcej czasu, można skonsultować z grupą wielu architektów i nie tylko, można też nawet po jakimś czasie poprawić i wypuścić nową wersję, która będzie jeszcze lepsza. Samo to, że projekty takie są często kupowane sprawia, że są standardowe, nie ma tam wpadek, które czasem zdarzają się w przypadku indywidualnych fanaberii. Ta masowość ma zalety, a jeśli wybierzemy dobrze, to nawet cena będzie do nich należeć (bo nie wydajemy dużo na adaptację czegoś, co ma sens samo w sobie).
Po tym wstępie parę uwag o kolejnych decyzjach do podjęcia. Po pierwsze, wielkość. Tu sprawa nie jest łatwa, bo na początku zwykle rzucamy jakąś cyfrą, która wynika z projektu, który wybraliśmy, ale bywa, że to dla nas ciągle abstrakcja. Trochę pomóc może porównanie do dotychczasowego mieszkania lub domu, choć jeśli chodzi o te pierwsze, to te są ciasne z definicji i domu do nich porównywać nie sposób. W końcu powinno w nim być miejsce i na mieszkanie i na przechowywanie, a sama przestrzeń poprawia nam samopoczucie.
Po drugie – koszty. Wiadomo, im większy, tym droższy. Ale na tym wycenianie się nie kończy. W internetach pełno jest szybkich porad typu „nowoczesna stodoła jest najtańsza”, proste bryły, dach nieskomplikowany, albo płaski, obniżają koszty budowy. Wszystko to prawda, a przynajmniej brzmi logicznie. Łatwe kształty buduje się szybciej, położenie 100 m2 dachówki to zabawa łatwiejsza od puszzli, ale tam, gdzie dach się kończy – zaczynają się schody. To znaczy trzeba założyć gąsiory, obrobić boki itd. A na skomplikowanych tych rzeczy jest mnóstwo.
Można do tego dodać jeszcze trochę. Kiedyś, zanim na poważnie się zastanowiliśmy co i jak budować, podszedłem do sprawy metodycznie. Wiadomo, że przewidywane koszty budowy publikowane w katalogach obejmują tylko część całości (bez wykończenia, upraszczając) i nawet tu wiele zależy od standardu, jedno jednak można z nimi zrobić. Porównać. Albo zrobić coś bardziej zaawansowanego – skorzystać z mniej oczywistych możliwości arkusza kalkulacyjnego. Moje szacowanie metodą najmniejszych kwadratów (jeśli nie znasz – przyjmij na wiarę) pokazało coś ciekawego. Z siedmiu cech, które wziąłem pod uwagę, na cenę budowy największy wpływ okazały się mieć trzy – powierzchnia (oczywiście), ilość pokoi na górze (ah, te ścianki działowe… zresztą, to pochodna powierzchni) i ilość miejsc w garażu (jakoś te duże garaże zawsze rozpychają bryłę budynku i dodają dodatkową połać dachu). Co ciekawe, sprawy takie, jak gabinet na paterze, spiżarnia, kotłownia czy nawet lukarny już jakoś w całości kosztów ginęły.
Kończąc o kosztach budowy: same klocki to jedno, ale późniejsze instalacje i wykończenie pomieszczeń dopiero może namieszać. Jeśli wymyślisz sobie 4 łazienki i 2 kuchnie to nie dziw się, że każde z tych pomieszczeń to nawet kilkadziesiąt tysięcy plus.
Koszty utrzymania domu zależą od jego wielkości w zasadzie tylko jeśli chodzi o ogrzewanie (i utrzymanie chłodu w lecie), bo wody czy światła zużyjemy tyle samo w domu dużym lub małym. No, może światła czy ogólnie prądu to już niekoniecznie, ale to bardziej wynika z przyzwyczajeń, niż wielkości nieruchomości. Samo ogrzewanie z kolei bardzo zależy od technologii – więcej wydasz na ogrzanie 100 m domu z lat ’70 zeszłego wieku, niż 200 m nowego.A my – po przeszukaniu wszystkiego – przy prostych zdawałoby się założeniach nieoczywistych, działce niemal kwadratowej i bardzo sensownego rozmiaru – nie znaleźliśmy. I mamy projekt indywidualny, z 6 kominkami wentylacyjnymi na dachu, bo tak się rysnęło …
Jak jednak patrzę na to nasze ukończone już dzieło, to z każdym dniem podoba mi się bardziej. Funkcjonalność też doceniam. Wszystko to dzięki pani architekt, no i naszym 5 (słownie: pięciu) scenariuszom użytkowania. Obmyśliliśmy je w trakcie tworzenia całości, a początkowe założenia były następujące. Po pierwsze, mamy we czwórkę, a może piątkę. Chcemy w końcu mieć kuchnię z pełnym blatem, salon, w którym zmieści się najazd rodzinny, oczywiście z kominkiem, do tego spiżarnię i pralnię. No i miał być gabinet na parterze, początkowo. Jako perła w koronie – piec do pieczenia chleba. Ja chciałem natomiast ganek, bo to i izolacja lepsze i jakoś dobrze mi się kojarzył. W zasadzie to wszystko. No, oczywiście do tego tyle pokoi na poddaszu, ile się da. Czyli tak pewnie ze 3.Miał być też garaż, to oczywiste. Jak już to wszystko przegadaliśmy i znaleźliśmy wstępnie projekt, to okazało się nawet, że nad garażem byłby dodatkowy pokój, może dla dziadków jednych czy drugich. Wszystko gra i koliduje … No, do czasu, aż rozmowy rodzinne weszły na poziom międzypokoleniowy. Z domu dla rodziny atomowej zrobił nam się bardziej wesoły, międzypokoleniowy. Tyle, że seniorzy z poddasza korzystać nie będą, bo tak postanowili. I obawiam się, że nawet gdybym wtedy rzucił im danymi o tym, jak to mieszkańcy górzystych wiosek na Sardynii, zmuszeni do codziennego biegania po schodach, bo jednopoziomowych domów zbudować się tam nie da, żyją dłużej, to i tak niczego by to nie zmieniło.
Zmianie natomiast uległ nasz projekt, a właściwie pomysł na niego. Ten typowy poleciał do katalogu „archiwum” na dysku, a my rozpoczęliśmy liczne spotkania robocze z panią architekt. No i napisaliśmy pięć scenariuszy. Gdyby, na przykład, za lat kilkadziesiąt w domu pozostała tylko dwójka seniorów z odziedziczoną po rodzicach awersją do schodów, to górę odcinamy całkowicie. Da się, i to bez wielkich nakładów. Możemy ją także wynająć dobudowując schody zewnętrzne, itp., itd. Podczas budowy trzeba było tylko podzielić odpowiednio instalacje, podciągnąć dodatkowe rurki.
To tak w skrócie o wyborze projektu. Pozostała jeszcze tylko jedna drobna rzecz – jak ten dom ma wyglądać. Ale to już temat na osobny wpis.
-
Jak wybrać działkę budowlaną?

Wybieranie działki w skrócie
Wybierając działkę zwróć uwagę na: lokalizację, otoczenie naturalne i sąsiedztwo ludzkie, wielkość i kształt, warunki ziemne, uzbrojenie, położenie względem stron świata i zapisy miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.
Idealna działka budowlana. Ideałów nie ma, ale gdyby był, to byłby taki. Działka blisko od miasta, z dobrym dostępem do pracy, szkoły, przedszkola i to nie tylko samochodem, ale także transportem zbiorowym (a najlepiej spacerkiem). Otoczenie niezbyt gęste, na skraju terenu, który nigdy nie zostanie zabudowany. Ale jednak z jakimś sąsiadem, z dostępem do mediów (uzbrojeniem), w tym też Internetu, i sprzyjającymi zapisami w planie miejscowym. Rozmiar 10 arów plus minus dwa, kwadrat lub prostokąt, z wejściem od północy i położenie na gruntach najlepiej przepuszczalnych.
Jak szukać działki
Do szukania działki można się zabrać na dwa sposoby. Pierwszy, to taki nowoczesny i chyba coraz bardziej popularny. I jest jeszcze drugi. W tym pierwszym włączasz komputer, klikasz odpowiedni portal i już oglądasz marzenia. Można też w telefonie, tyle, że tutaj prezentują się nieco mniej panoramicznie, więc mogą wydawać się nieco mniej rozmarzone. W każdym razie masz dostęp do wielu ofert, które w zasadzie tworzą to, co nazywamy rynkiem. Można sortować, filtrować, oglądać fotki, porównywać, jeździć palcem po mapie G, słowem, w ramach swojej strefy komfortu poczuć się jak na „popularnym portalu aukcyjnym”.
Ten drugi sposób to co innego. Wymaga, aby oprócz naszej duszy ruszyć także du…, dużo więcej, czyli całość. Wsiąść, wysiąść, albo nawet lepiej zsiąść (bo rowerem jeździ się wolniej i widać dzięki temu więcej). Odkleić coś ze słupa, albo na nim nakleić.
Co polecam? Oczywiście, kombinację, ale z naciskiem na numer dwa. Bo w Internecie mamy wszystko, niemal. Niemniej, ten wybór jest już, że tak napiszę, zestandaryzowany. Portale ogłoszeniowe to taka giełda, zanim coś wystawisz, sprawdzisz konkurentów. A do tego większość ogłoszeń dają pośrednicy. Siedzą w tym na co dzień, wiedzą co, gdzie i za ile (i z jaką prowizją). Tracą na tym dwie rzeczy: romantyzm i ta pewna niepowtarzalność, która akurat w przypadku nieruchomości ma szanse zaistnieć. Można przecież czytać o wyjątkowych widokach (pięćdziesiąt działek koło siebie, każda z widokiem niepowtarzalnym), ale chyba ototo (czy tamto) nie wymyśliło jeszcze filtrowania „po widoku”. Czyli, aby się zupełnie nie zatracić radzę przejrzeć portale, sprawdzić, po ile chodzi ar itp., ale też trochę pojeździć. Przy czym na początek trzeba trochę zawęzić pole, żeby nie stracić na poszukiwania czasu, w którym można z powodzeniem machnąć taki sobie stan surowy.
Wybór lokalizacji działki
Trzeba więc pomyśleć i wybrać sobie jakiś obszar pod kątem tego, jak planujemy spędzić resztę życia. Jeśli pracujesz w wielkim mieście, to nie traktuje go jak punktu, który sam w sobie nie ma rozmiarów. W takim grodzie Kraka na przykład, przemieszczenie się z jednej strony miasta na drugą może potrwać tyle, co dojazd do stolicy sąsiedniego województwa, jeśli startujesz z odpowiednej strony, oczywiście. Podwawelskie city nie jest tutaj wyjątkiem, ponieważ tragiczna komunikacja jest immanentną cechą większości naszych dużych miast, czego źródeł jest wiele, ale zwykle ulegają one wyparciu ze świadomości zbiorowej.
A jak jest na świecie? Otóż większość świata ma jeszcze gorzej. Ale nie do niej powinniśmy równać i optymistycznie założę, że jednak zmierzamy w stronę światła. Te nieduża część światowych miast, która jednak infrastrukturę miejską ma rozwiniętą, usilnie premiuje pewne miejsca zamieszkania dla osób, które chciałyby nie czuć się ograniczone w wyborze miejsca pracy do jednej dzielnicy. Kiedyś w Holandii (a ostatnio w Niderlandach) zrobiono pewne badania i na ich podstawie można powiedzieć, że miejsca te są dość liczne i znajdują się blisko ringów autostradowych. Innymi słowy, jeśli mieszkasz w miarę blisko autostrady, to szybko za jej pomocą dotrzesz wszędzie. W tym samym badaniu wyszło też, że tego typu miejsca potrzebne są szczególnie ludziom, którzy zarabiają dużo, bo ich miejsca pracy są na tyle specjalistyczne, że daleko dojeżdżać się im po prostu opłaca. Tylko korzystając z ofert z całego miasta mogą znaleźć pracę, która im odpowiada, a z drugiej strony firmy mają dzięki temu dostęp do całego rynku specjalistów w mieście, a właściwie całej aglomeracji. W przypadku prac prostszych, opłaca się raczej mieszkać blisko, co też nie powinno dziwić.
Wracając na nasze skromne podwórko. Jeśli czujesz, że jakaś strona miasta bardziej ci odpowiada, bo po prostu wszędzie jest bliżej, to ją wybierz. Ring może w końcu powstanie, a tymczasem będziesz już na początku mieć mniej dylematów z szukaniem działki. Jeśli dodatkowo możesz wykluczyć z góry pewne lokalizacje, jakieś rodzaje działek itp., to tym lepiej. Mniejszy wybór to mniej dylematów.
Pierwsza selekcja może więc polegać na wybraniu paru wiosek lub gmin w rejonie, który bierzesz pod uwagę. Potem sprawdź, jak wygląda stamtąd dojazd do miejsc, które w przyszłości będą dla ciebie najczęstszym celem. Praca, szkoła, przedszkole, kółko szachowe … Sprawdź dojazd do tych miejsc nie w niedzielę po południu, ale w momentach, kiedy będziesz musiał do nich rzeczywiście dotrzeć. Te standardowe sprawdź w poniedziałek rano (jak już na tym blogu pisałem), kółko pewnie odbywa się nieco później …
Pomyśl też, z kim będziesz mieszkał. Nawet jeśli z żoną we dwójkę macie po samochodzie, a trzeci w zapasie, to na pewnym etapie wasze dzieci już nie będą wymagały wożenia wszędzie, ale jeszcze nie będą mogły dotrzeć tam własnym pojazdem. Być może też masz jeszcze dziadka, teściową, którzy też chcieliby być mobilni bez samochodu. Możliwe, że odwiedzać będzie cię niania, pomoc domowa … Dla nich wszystkich bycie w realnym zasięgu komunikacji zbiorowej, czy to gminnej, czy podmiejskiej, czy nawet jakichś turbo busików to jest sprawa życiowa. Więc jeśli mają w twoim życiu zaistnieć, weź to pod uwagę. Nawet, jeśli przez to musisz się pożegnać z lokalizacją pod samym lasem, trzy kilometry za wsią, wybierając coś blisko drogi, normalnie między domami.
Co liczy się poza lokalizacją
Poza lokalizacją zostaje jeszcze masa rzeczy. Zacznijmy od otoczenia. Choć w marzeniach najlepiej mieszka nam się w lesie, z różnych względów nie zawsze można. Ale każdy agent, jeśli wziąć go na spytki, powie, że ludzie doceniają to, że na spacer nie muszą dojeżdżać. Jeśli więc lubisz spacery, to weź to pod uwagę. Jeśli nie, to spokojnie, lekarz ci zaleci. Zresztą, atrakcyjność widokowo spacerowa otoczenia jest dość subiektywna i każdy rozważa ją po swojemu. Pomyśl więc, co ci się podoba i szukaj.
Tutaj rozważmy jeszcze kilka spraw bardziej przyziemnych. Idealny kształt działki chociażby. W teorii, prostokąty, a najlepiej te zbliżone do kwadratów, są optymalne. To trochę jak z pokojem – najłatwiej umeblować taki o dość regularnych kształtach. Przy tym jedna rzecz warta jest uwagi. Nazywa się linia zabudowy. Może wynikać z bliskości drogi, sąsiada czy innych obiektów. Ze względu na nią może okazać się, że do dom możesz wybudować każdy dom, byle był prostokątem położonym na tej ¼ działki, na której możesz cokolwiek wybudować, a jak się pogimnastykujesz, to z prostokąta możesz uzyskać literę L. Zerknij na mapy, skonsultuj. W skrajność nie popadaj, te linie to też trochę wyzwanie i inspiracja dla ciebie i projektantów. To tak jak z cenzurą – ile dzieł PRLu nie miałoby swojej subtelności, gdyby nie ona…
I jeszcze kwestia sąsiadów. Niektórzy chcieliby, żeby ich nie było, bo i po co. W bloku przecież mają setkę, a i tak najdłuższa konwersacja miała miejsce wtedy, kiedy trzeba ustalić kto kogo zalał. A tak, to sukcesem jest już „dzień dobry” w windzie. No a odległość w polu jest przecież większa, niż przez ścianę … Ale to tak nie działa. Może i warto mieć kącik za domem, do którego nikt nie zajrzy, bo po co od razu masz się tłumaczyć ze stania na głowie, rzucania hantlami albo też chrapania na leżaku. Na co dzień jednak raczej dobrze jest, jeśli ktoś czasem spojrzy, czy ci domu właśnie nie okradają, odbierze paczkę od kuriera, a przy większej konfidencji – przechowa dziecko przez 20 minut. Nie, nie wyewoluowaliśmy jako samotnicy, ale osobnicy stadni. Z blokami problem jest chyba taki, że to stado jest trochę za duże i trochę za szybko się zmienia, a może po prostu mieszkam w nich za blisko siebie, stąd staramy się unikać nawzajem. Z domami chyba jednak jest lepiej. I jeśli nasze przetrwanie nie zależy od plonów z działki, to pewnie i proces o miedzę nam nie grozi. Nie bójmy się więc sąsiadów.
Kolejna rzecz to strona, w którą zbudujemy dom. Od strony wjazdu mamy najczęściej stronę „czołową”, a z drugiej bardziej „domową”. Czołowa to główne wejście i ta główna fasada, którą mówimy światu, że tu mieszkamy. Ta domowa jest od tyłu, to tam przeważnie robimy taras, puszczamy niepilnowane berbecie i czasami mamy swojskie nieporządki. Generalnie przeważa opinia, że w naszym klimacie wejście (czyli w praktyce też wjazd) powinno być mniej więcej od strony północnej. Tam też umieszczamy kuchnię, pomieszczenia gospodarcze, a po przeciwnej salon z wyjściem na taras. Kuchnia staje się w ten sposób strategiczna – często w niej bywamy i widzimy, kto się zbliża. Słońce od północy nie świeci, ale to dobrze, bo w kuchni i tak jest ciepło, o ile jest wykorzystywane zgodnie ze swoim przeznaczeniem. W salonie natomiast można liczyć na promienie słońca, zwłaszcza w nieletniej porze roku, kiedy to przemieszcza się ono nieco niżej. Na ewentualnym poddaszu pokoje dziecięce lokujemy tak, aby zaznały więcej słońca, łazienki i sypialnie wykorzystywane przez dorosłych, a więc w nocy, do północy.
I tak właśnie powinno być. Nie bójcie się słońca, u nas unikamy go tylko w lecie, ale na to są sposoby. Poza tym okresem raczej na nie polujemy. Więcej słońca to mniej depresji.
Zresztą, pewnego dnia widziałem coś dość zastanawiającego. Był to dom zaprojektowany przez Gaudiego. Nie, nie wyglądał jak ta katedra, w sumie to był normalny dom, w Hiszpanii. Tyle, że jedna rzecz, jaką zapamiętałem, to zabawa światłem, a właściwie jego usilne łapanie przez sławnego architekta. Otóż mieszkańcy domu mogli przez cały dzień liczyć na to, że słońce będzie skutecznie penetrować jego zakamarki. I to w Hiszpanii, gdzie okiennice są chyba obowiązkowe …!
Teraz trochę w nawiązaniu, ale o rzeczy nieoczywistej, o której zwykle nie mamy czasu pomyśleć. Większość działek na moment sprzedaży jest po prostu kawałkiem pola. (Dotyczy to nie tylko nas Małopolan, którzy nawet z biurowca wychodzimy na pole…) Czystym, przejrzystym i porośniętym co najwyżej przez dziesięć lata niekoszoną trawą. Ale gdyby udało nam się kupić coś z drzewami, to byłaby to działka plus. Najlepiej liściastymi tak od południa. W lecie miły cień, w zimie przejrzystość, żyć, nie umierać.
Teraz jeszcze bardziej przyziemnie. Uzbrojenie terenu. Cóż, widokami, spacerami i grą światłocienia nie zaspokoimy pragnienia, ani nas nie ogrzeją. Sprawdźmy więc, czy będzie: prąd, woda, może kanalizacja i gaz. A koniecznie – internet. Prądu off-grid z własnych paneli nie polecam, magazyn energii to droga i niewystarczająca sprawa. Czyli prąd musi być. Dużym plusem byłoby, gdyby istniała możliwość podpięcia się podczas budowy do prądu „normalnego” od sąsiada, zamiast zawierania umowy na prąd „budowlany”. Warto przynajmniej porównać ceny. Woda jednak dobrze, jeśli jest z wodociągu. Własną studnię można kopać, ale zanim powstanie, to trudno powiedzieć, jak będzie wydajna. Chyba, że geolog powie inaczej. Prąd i woda to zresztą oczywiste oczywistości, opcje zaczynają się potem. Kanalizacja. Kosztuje, to prawda. Poza płaceniem rachunków nie trzeba jednak zbytnio o niej myśleć, nie wydamy też na asenizację (te wielkie beczkowozy o ujmującym zapachu), ani na hodowlę własnych bakteryjek. Inwestycyjnie to też taniej zwykle wychodzi, o ile oczywiście jest w miarę blisko. Taniej jest wówczas się podpiąć, niż budować oczyszczalnię czy szambo. No i gaz. Do niedawna – must have – dla niektórych. Teraz, no cóż. Na temat cen i porównania do innych źródeł ciepła w tym miejscu nie ma sensu spekulować, od strony samej instalacji jest to wyjście najprostsze i tanie, ma sens w nowych, dobrze ocieplonych domach. Czyli na działce być może i warto mieć. Ale świat poza gazem istnieje.
Ważna sprawa pod sam koniec. Oprócz oglądania działki, rozmowy z właścicielem czy może potencjalnymi sąsiadami, koniecznie przestudiuj coś, co się uczenie nazywa miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego. Dokładnie, bo samo określenie działki jako „budowlana” jeszcze wszystkiego nie gwarantuje. Sprawdź co dokładnie możesz wybudować i co, a to nawet czasem ważniejsze, może powstać niedaleko. A jak nie ma planu, to pozostają „warunki zabudowy”. W kwestiach formalno-prawnych polecam też usilnie konsultację ze specjalistami, architektem chociażby. Daj im zarobić, nie będziesz żałować.
Pozostała jeszcze niedoceniana geologia. Otóż, jeśli już myślimy na poważnie, to geologa warto wziąć przed ostatecznym zakupem działki, jak mniej więcej wiemy co i gdzie moglibyśmy (chcielibyśmy) wybudować. Odpowie nam na takie pytania, jak możliwość zrobienia piwnicy, rzuci światło na mroki szczegółów konstrukcyjnych (czy wystarczą fundamenty, czy może jednak płyta fundamentowa będzie konieczna), a przede wszystkim powie, czy do budżetu doliczyć 20 ciężarówek po 20 ton ziemi każda. Zawsze to argument do negocjacji ceny, chociażby. I unikniemy takich historii, jak ta, którą kiedyś usłyszałem, widząc finał naocznie. Otóż, rozmawiałem z potencjalnym budowlańcem, pokazał mi swój przyszły dom na dowód, że budować umie. Stan surowy, w którym zaplanować między innymi piwnicę, właściwie zaniżoną komórkę obok kuchni. I na planie się skończyło, bo dokopał się do źródła. Żadnej piwnicy nie będzie, a błoto stało… No przecież jego przodkowie mieszkali tu od zawsze, a on nie po to jest murarzem, żeby płacić jakiemuś geologowi…
Moja krótka historia
Było lato, gorąco, koło południa. Wybraliśmy się, już nie pierwszy raz, na rowery. We trójkę, malec w foteliku rowerowym, to był jego ostatni sezon w ten sposób. Jazda rowerem, niewyczynowa, ma to do siebie, że tempo pozwala zobaczyć więcej, niż z samochodu. I zobaczyliśmy – ręczne ogłoszenie na bramie wjazdowej do dość pustej posesji. Tak się zaczęło. Zrobiłem potem cały opisany wyżej research, działka spełnia dużo kryteriów, wielu też nie spełniła. Skoro zobaczyłem z drogi, to jest przy drodze itp. Widzieliśmy wówczas jeszcze dużo innych, już bardziej takich seryjnych, na których obok siebie powstaje wiele domów, ale jakoś ta pierwsza miała to coś. Może to był taki moment lechicki – coś jak wtedy, gdy Lech po rozstaniu z Czechem w końcu znalazł sobie miejsce. Tyle, że u mnie nie było orła, a co najwyżej pustułka…Cóż, tak też bywa.
-
Czy warto się budować?
Czy warto się budować? Jeśli stoisz przed wyborem: kupić mieszkanie, czy zbudować dom, to rozważ co następuje.
Za domem przemawia: większa powierzchnia za tę samą cenę, własny układ pomieszczeń, wpływ na wygląd zewnętrzny, lepszy wybór widoku za oknem, własna działka zagospodarowana po swojemu i brak wspólnoty mieszkaniowej.
Przeciwko domowi: lokalizacja raczej dalej od centrum, pewnie na wsi, dłuższy czas realizacji, większe ryzyko, koszty całości dość znaczne, konieczność dużego zaangażowania na każdym etapie budowy, brak wspólnoty mieszkaniowej.
Czyli mamy dylemat: czy kupić gotowe mieszkanie w dobrej lokalizacji, pewnie niewielkie, ale za wielkie pieniądze, czy też inwestować w coś finalnie większego, wymagającego dojazdów, o co trzeba będzie dbać samodzielnie.

Musisz wybrać
Odpowiedź: sami zdecydujcie, czy więcej miejsca, ładny widok i wolność Tomku warte jest codziennych dojazdów, ciągłego poprawiania czegoś w budynku czy ogrodzie, koszenia, sprzątania.Podpowiedź: jaki przyjąć czas dojazdu? Otóż, jeśli na poszukiwanie działki wybrałeś się w słoneczne niedzielne popołudnie, to nic nie dorówna walorom rekreacyjnym takiej wyprawy. Czas dojazdu z działki do miasta zmierz jednak w poniedziałek przed 8 rano. Wyrusz o świcie, a w drogę z działki do pracy czy szkoły dziecka rozpocznij tak, jakbyś chciał na tę przykładową 8 zdążyć. Na pocieszenie przejrzyj jeszcze stronę GDKiA, może akurat za miesiąc oddadzą w pobliżu obwodnicę autostradową, a to zmienia wszystko. Przy inwestycji na lata warto czasem pomęczyć się przez rok.
A teraz nieco głębiej o tym wszystkim.
Mieszkanie tak długo pozostaje mieszkaniem, jak długo każde pomieszczenie może jeszcze pełnić swoje funkcje. Kiedy już jednak do salonu wstawiasz łóżko, obok niego umieszczasz łóżeczko, a przedzielasz je wiecznie czynną suszarką do prania, to coś zaczyna zgrzytać. Trójfunkcyjna bawialnia (sypialnia dziecka, gabinet rodzica, refugium drugiego na korporacyjne kole) to też już trochę dużo. Jeśli, do tego, kiedy chcesz spokojnie porozmawiać przez telefon to zamykasz się w toalecie, to już chyba nadszedł moment, żeby pomyśleć o czymś większym.
Pierwszy odruch zwykle jest ten sam. No, kupmy trochę większe mieszkanie. To się wynajmie, a tam przynajmniej się pomieścimy. I zaczynasz szukać. U nas to trwało krótko, obejrzeliśmy jedno. Miało więcej pokoi, prawie 2x więcej powierzchni, więc miało być duże. Tylko, że było dwupoziomowe. Składało się z dwóch niedużych części połączonych schodami. Każda z tych części robiła wrażenie lekko klaustrofobiczne. Co z tego, że obydwa dzikie stwory miałyby swoje kajuty, jeśli w salonie, zaopatrzonym w narożnik i stół (ekstrawagancja, no nie …), mijanka była możliwa tylko po wstępnym ustaleniu zasad pierwszeństwa. A cena liczona była za całość, od metra. I był to czas, kiedy wszystko rosło, na rabat nie było co liczyć, więc nam szybko przeszło.
Potem szukaliśmy w ofertach deweloperów. Ale jakoś tak nic powalającego się nie pojawiało. Tak to wyglądało, że można wydać całkiem sporo na coś może odrobinę większego, ale szału nie ma. Rok dwa i znów wszystko zacznie nam się wysypywać z szaf, wspólnota będzie nas ścigać za stawianie hulajnogi na korytarzu, a dziadki regularnie będę przeżywać nasze najazdy z kompletem ubrań i obuwia po zmianie sezonu. Trochę straciliśmy entuzjazm do mieszkania.
Czyli jednak dom. I nawet nie chodziło o to, że mieszkanie jest be. Zaczęliśmy porównywać ceny budowy domu do kupna mieszkania i za m2 zawsze wychodziło znacznie mniej.
W sumie to warto się zastanowić, za co płacimy tak dużo w przypadku mieszkań. Cóż, odpowiedź może być trafna i krótka, ale też na jej uzasadnienie trzeba trochę miejsca. Krótka odpowiedź jest taka. Ludzie płacą tak dużo po to, aby mieszkań blisko innych ludzi.
A teraz dłuższa. Właściwie, to nie o bliskość ludzi tutaj chodzi, a to, co ona daje. Otóż, duże zagęszczenie mieszkańców przekłada się na popyt, który masy ludzi generują na usługi i handel. Stąd opłaca się w pobliżu otwierać przedszkola, punkty robienia tipsów, czy dyskonty. A nawet czasem poprowadzić linię autobusową, choć cała sfera publiczna to raczej naśladuje rynek i działa tym lepiej, im lepiej jej to wychodzi. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie chodzi tutaj o zagęszczanie bez końca, jak w Kwolon City, bo człowiek tutaj też ma swoje granice tolerancji, co dobrze opisał kiedyś Edward T. Hall w książce „Ukryty wymiar” (jak googlasz, to dodaj „psychologia”, bo inaczej trafisz na film sci-fi). Chodzi o to, że miasta gromadzą w sobie ilości ludzi uzasadniające funkcjonowanie wielu instytucji, co z kolei tym ludziom wydatnie ułatwia życie. I za dostęp do tych instytucji, firm, czy bliskość do własnej pracy płacimy tak duże pieniądze.
A dom? Jeśli byłby to dom w mieście, względnie blisko centrum, to wydalibyśmy fortunę. Bo nie, nie płacimy za beton, cegły i papę na dachu, tylko za lokalizację. W nieruchomościach liczą się 3 rzeczy: lokalizacja, lokalizacja i … lokalizacja, jak mawiają agenci.
I to lokalizacja poza centrum sprawia, że metr kwadratowy domu jest tańszy, niż tyle samo mieszkania. Bo mieszkań na wsiach się nie buduje (od kiedy zamknięto pegeery, tak uściślając).
Zastanów się więc, czy satysfakcja ze stworzenia indywidualnej siedziby rodu jest dla Ciebie ważniejsza, niż te miejskie wygody, do których być może jesteś przyzwyczajony, czy dobrowolnie i bez przymusu akceptujesz stan podmiejskiej infrastruktury, czy będziesz w stanie jeszcze więcej czasu spędzać w samochodzie itd., itp. Jeśli tak, to nigdy już do tej kwestii nie wracaj, zacznij działać.
A ja – cóż – potomka już mam, ilość drzew, które ochoczo zasadziłem idzie w setki, więc w sumie wyboru nie było – też zacząłem.

Po co i dla kogo to
Od kiedy włączono Internet i ten trochę urósł, znalezienie porad na temat każdego detalu budowy (jak robić) nie jest już problemem. Zaplanowanie całości, te wszystkie decyzje przed i w trakcie (co i po co robić)… to ciągle jest wyzwanie. Ten blog jest po to, aby choć trochę łatwiej sobie z nim poradzić.
Follow Me On
Subscribe To My Newsletter
“Do not say a little in many words but a great deal in few.” – Pythagoras


