Jak wybrać projekt domu

Dobrze wybrać projekt to znaczy pogodzić potrzeby z możliwościami. Potrzeby wynikają z liczby domowników i ich (planowanego) trybu życia. Możliwości to koszty, jakie możemy unieść.
Na koszty wpływają: powierzchnia i skomplikowanie budynku.
Planując wielkość weź pod uwagę nie tylko budowę, ale też późniejsze utrzymanie.


Zacznijmy łagodnie. Zamknij oczy, albo przynajmniej przestań myśleć o wszystkim na raz i zwizualizuj sobie, że właśnie wchodzisz do super-hiper marketu. Idziesz pomiędzy półkami i wrzucasz do koszyka to, co Ci się spodoba. Daje atawistyczną satysfakcję, no nie?
Nudziarze radzą jednak, żeby na takie zakupy zabierać listę tego, czego potrzebujemy. Ostatnio ten rozsądek jest dodatkowo podsycany przez taki jeden wskaźnik, ale to inna historia.
Teraz wróćmy na ziemię, a może nawet na działkę. Projekt też można wybrać na dwa sposoby – pierwszy to przejrzeć katalogi i wybrać ten, który nam się podoba. Czyli kupić „z półki”. Potem tylko zwykle wystarczy wydać trzykrotność jego ceny na adaptację i można budować….
Drugi sposób jest bardziej męczący. Najpierw dokładnie spisujemy nasze potrzeby, orientujemy się ile to może kosztować i robimy korektę z punktu widzenia możliwości. Potem dopiero szukamy projektu typowego (tego z półki), który jest najbliższy naszym oczekiwaniom. Jedynie jeśli taki nie istnieje, zlecamy opracowanie projektu indywidualnego od zera.
Projekt indywidualny będzie dokładnie taki, jak chcemy. No, chyba że architekt wytłumaczy nam, że barokowa kopuła, gotycka wieżyczka i do tego niezależnie dach pięciospadowy nie kleją się ze sobą (przez kilkanaście lat oglądałem przez okno przykład dowodzący zerowych zdolności perswazyjnych architektów na takim przykładzie). W każdym razie, projekt indywidualny będzie na pewno najbliższy naszym oczekiwaniom i pozwoli wycisnąć z działki jak najwięcej. Projekty typowe z kolei mają jednak pewną zaletę. Sprzedaje się je w wielu egzemplarzach, więc można na ich „produkcję” poświęcić więcej czasu, można skonsultować z grupą wielu architektów i nie tylko, można też nawet po jakimś czasie poprawić i wypuścić nową wersję, która będzie jeszcze lepsza. Samo to, że projekty takie są często kupowane sprawia, że są standardowe, nie ma tam wpadek, które czasem zdarzają się w przypadku indywidualnych fanaberii. Ta masowość ma zalety, a jeśli wybierzemy dobrze, to nawet cena będzie do nich należeć (bo nie wydajemy dużo na adaptację czegoś, co ma sens samo w sobie).
Po tym wstępie parę uwag o kolejnych decyzjach do podjęcia. Po pierwsze, wielkość. Tu sprawa nie jest łatwa, bo na początku zwykle rzucamy jakąś cyfrą, która wynika z projektu, który wybraliśmy, ale bywa, że to dla nas ciągle abstrakcja. Trochę pomóc może porównanie do dotychczasowego mieszkania lub domu, choć jeśli chodzi o te pierwsze, to te są ciasne z definicji i domu do nich porównywać nie sposób. W końcu powinno w nim być miejsce i na mieszkanie i na przechowywanie, a sama przestrzeń poprawia nam samopoczucie.
Po drugie – koszty. Wiadomo, im większy, tym droższy. Ale na tym wycenianie się nie kończy. W internetach pełno jest szybkich porad typu „nowoczesna stodoła jest najtańsza”, proste bryły, dach nieskomplikowany, albo płaski, obniżają koszty budowy. Wszystko to prawda, a przynajmniej brzmi logicznie. Łatwe kształty buduje się szybciej, położenie 100 m2 dachówki to zabawa łatwiejsza od puszzli, ale tam, gdzie dach się kończy – zaczynają się schody. To znaczy trzeba założyć gąsiory, obrobić boki itd. A na skomplikowanych tych rzeczy jest mnóstwo.
Można do tego dodać jeszcze trochę. Kiedyś, zanim na poważnie się zastanowiliśmy co i jak budować, podszedłem do sprawy metodycznie. Wiadomo, że przewidywane koszty budowy publikowane w katalogach obejmują tylko część całości (bez wykończenia, upraszczając) i nawet tu wiele zależy od standardu, jedno jednak można z nimi zrobić. Porównać. Albo zrobić coś bardziej zaawansowanego – skorzystać z mniej oczywistych możliwości arkusza kalkulacyjnego. Moje szacowanie metodą najmniejszych kwadratów (jeśli nie znasz – przyjmij na wiarę) pokazało coś ciekawego. Z siedmiu cech, które wziąłem pod uwagę, na cenę budowy największy wpływ okazały się mieć trzy – powierzchnia (oczywiście), ilość pokoi na górze (ah, te ścianki działowe… zresztą, to pochodna powierzchni) i ilość miejsc w garażu (jakoś te duże garaże zawsze rozpychają bryłę budynku i dodają dodatkową połać dachu). Co ciekawe, sprawy takie, jak gabinet na paterze, spiżarnia, kotłownia czy nawet lukarny już jakoś w całości kosztów ginęły.
Kończąc o kosztach budowy: same klocki to jedno, ale późniejsze instalacje i wykończenie pomieszczeń dopiero może namieszać. Jeśli wymyślisz sobie 4 łazienki i 2 kuchnie to nie dziw się, że każde z tych pomieszczeń to nawet kilkadziesiąt tysięcy plus.
Koszty utrzymania domu zależą od jego wielkości w zasadzie tylko jeśli chodzi o ogrzewanie (i utrzymanie chłodu w lecie), bo wody czy światła zużyjemy tyle samo w domu dużym lub małym. No, może światła czy ogólnie prądu to już niekoniecznie, ale to bardziej wynika z przyzwyczajeń, niż wielkości nieruchomości. Samo ogrzewanie z kolei bardzo zależy od technologii – więcej wydasz na ogrzanie 100 m domu z lat ’70 zeszłego wieku, niż 200 m nowego.

A my – po przeszukaniu wszystkiego – przy prostych zdawałoby się założeniach nieoczywistych, działce niemal kwadratowej i bardzo sensownego rozmiaru – nie znaleźliśmy. I mamy projekt indywidualny, z 6 kominkami wentylacyjnymi na dachu, bo tak się rysnęło …
Jak jednak patrzę na to nasze ukończone już dzieło, to z każdym dniem podoba mi się bardziej. Funkcjonalność też doceniam. Wszystko to dzięki pani architekt, no i naszym 5 (słownie: pięciu) scenariuszom użytkowania. Obmyśliliśmy je w trakcie tworzenia całości, a początkowe założenia były następujące. Po pierwsze, mamy we czwórkę, a może piątkę. Chcemy w końcu mieć kuchnię z pełnym blatem, salon, w którym zmieści się najazd rodzinny, oczywiście z kominkiem, do tego spiżarnię i pralnię. No i miał być gabinet na parterze, początkowo. Jako perła w koronie – piec do pieczenia chleba. Ja chciałem natomiast ganek, bo to i izolacja lepsze i jakoś dobrze mi się kojarzył. W zasadzie to wszystko. No, oczywiście do tego tyle pokoi na poddaszu, ile się da. Czyli tak pewnie ze 3.

Miał być też garaż, to oczywiste. Jak już to wszystko przegadaliśmy i znaleźliśmy wstępnie projekt, to okazało się nawet, że nad garażem byłby dodatkowy pokój, może dla dziadków jednych czy drugich. Wszystko gra i koliduje … No, do czasu, aż rozmowy rodzinne weszły na poziom międzypokoleniowy. Z domu dla rodziny atomowej zrobił nam się bardziej wesoły, międzypokoleniowy. Tyle, że seniorzy z poddasza korzystać nie będą, bo tak postanowili. I obawiam się, że nawet gdybym wtedy rzucił im danymi o tym, jak to mieszkańcy górzystych wiosek na Sardynii, zmuszeni do codziennego biegania po schodach, bo jednopoziomowych domów zbudować się tam nie da, żyją dłużej, to i tak niczego by to nie zmieniło.
Zmianie natomiast uległ nasz projekt, a właściwie pomysł na niego. Ten typowy poleciał do katalogu „archiwum” na dysku, a my rozpoczęliśmy liczne spotkania robocze z panią architekt. No i napisaliśmy pięć scenariuszy. Gdyby, na przykład, za lat kilkadziesiąt w domu pozostała tylko dwójka seniorów z odziedziczoną po rodzicach awersją do schodów, to górę odcinamy całkowicie. Da się, i to bez wielkich nakładów. Możemy ją także wynająć dobudowując schody zewnętrzne, itp., itd. Podczas budowy trzeba było tylko podzielić odpowiednio instalacje, podciągnąć dodatkowe rurki.
To tak w skrócie o wyborze projektu. Pozostała jeszcze tylko jedna drobna rzecz – jak ten dom ma wyglądać. Ale to już temat na osobny wpis.

Dodaj komentarz