Jaki wygląd domu wybrać ?

Na to pytanie w zasadzie nie da się odpowiedzieć. Albo co najmniej nie trzeba, bo przecież o gustach się nie dyskutuje. No, ale można przynajmniej postarać się trochę odnieść do tego, z czego da się obecnie wybierać. Może to jednak pomoże.

Wracając do niedyskutowania – to chyba wzięło się od Kanta, który twierdził, że wrażenia estetyczne są „przedpojęciowe”. Jak na coś nie wymyślono pojęcia (nie mam pojęcia…), czyli tego nie nazwano, to nie da się tego ogarnąć rozumem i tyle, według niego. Czyli – podoba mi się, bo tak, podoba mi się i co mi zrobisz?

Trochę światła na podobanie się może, być może, rzucić inny głębszy prawie-cytat. „Jak ma mi się podobać coś, czego nie widziałem wcześniej?” No bo, w końcu, nawet jak czegoś nie potrafimy nazwać, to jednak obrazek w głowie nosić możemy. Dotyczy to każdego, a artyści tylko tym się różnią od reszty, że taką inspirację potrafią po swojemu rozwinąć.

To teraz o tych inspiracjach, które stworzyły nasze miasta i wsie. Będzie wybiórczo i subiektywnie, obiecuję.


Chaty. Panowały na naszej przestrzeni przez setki, a nawet tysiące lat. Z archeologii wiemy, że w pradziejach istniały co najmniej 2 ich rodzaje. Germańska i słowiańska. Chata germańska była długa, imponowała rozmiarem (lebensraumem, no przecież) i komunikowała sobą ambicje mieszkańców. W końcu nawet rzymskie określenie na te ludy miało dużo wspólnego z ich chatami. Drugi rodzaj, to wrodzona skromność. W końcu któż mógł mieszkać w półziemiankach, jeśli nie Słowianie? Do tego dochodzi jednak pewna przytulność i efektywność energetyczna, bo takie zagłębione w ziemi zwarte konstrukty być może spełniały normy europejskie…


Potem było już łatwiej, bo obraz archetypu chaty każdy ma przed oczami. Okna, drzwi, wszystko przykryte strzechą, nieduże, ale dla jednej rodziny starczy. Choć, jeśli przejść się po skansenach, to niuansów nie brakuje. Historyczne chaty, na przykład te z XIX wieku, różniły się regionalnie dość znacznie. I to czyni je ciekawymi.

Chaty budowało się, na moje oko, gdzieś do lat 60 XX wieku, z tym, że w pewnym momencie bale zaczęto przykrywać deskowaniem, często dostawiając też ganek, a całość robiąc na podmurówce (jak chwalił wieszcz – z drzewa, lecz podmurowany). Moja przedpojęciowa opinia o takich chatach – zacne, a ganki po prostu cudne!

Potem, wraz z postępem, pałeczkę przejęły domy z betonu (kamienia, cegły, żużla, pustaka wszelakiego rodzaju). Wiadomo, trwalsze, czyli po prostu lepsze, postępowe. Skoro każde dziecko wie, że zastał drewnianą, a zostawił murowaną i przez to ze zwykłego Kazimierza stał się Wielkim, to kamienne musi być lepsze od drewnianego. W końcu drewniane to mógł mieć każdy, starczyło do lasu pojechać, a taką cegłę to już fabryka musiała dać.

Dziś ciągle w zasadzie chatek się nie buduje, bo od chłopstwa może gremialnie pochodzimy, ale tylko genetycznie. Kulturowo jesteśmy bardziej ambitni, każdy przecież ma w sobie coś ze szlachcica i do jego siedziby (choćby i przedpojęciowo oraz podświadomie) bardzo często nawiązuje. A jak szlachta – to dworki.

O nich za chwilę, a tymczasem wróćmy jeszcze do dwudziestego wieku. Klocki, paczki, kamienne pudełka, tak czasami nazywa się domy z lat 70. i 80. Zwłaszcza te klocki na planie kwadratu, trzypiętrowe, gdzie każde piętro ma taki sam układ, dach kopertowy, miejsca na trzy (takie same?) rodziny, jak znalazł. Cóż, o mieszkania za PRLu było trudno, więc się robiło na wszelki wypadek tak, aby przychówek wraz z rodzinami przygarnąć? No każdy budował taką swoją Arkę Noego, tylko bez funkcji mobilności.

No i przyszły wreszcie te szalone lata 90. Z powiewem jakiejś świeżości, z jakąś, w końcu, stratyfikacją społeczną, której wstydzić się nie było trzeba. I objawiły się dworki.
Dworki, bo – jak pisałem – do czegoś moglibyśmy aspirować, co w nas tak właściwie tkwi, jak nie dworek? Przecież chłop, mieszczanin czy karczmarz, jak tylko jakoś się wzbogacił, to w końcu chciał zostać szlachcicem. A szlachcic mieszkał w dworku.

Pierwsze historyczne dwory wcale nie wyglądały tak, jak te najbardziej w naszej zbiorowej wyobraźni zapisane. To były raczej takie klocki ze ścianami ściętymi nieco po ukosie w kierunku środka, bo w czasach ich powstania żelbetu jeszcze nie było, a dzięki temu wszystko to się jakoś trzymało kupy. Zygmunt Stary postawił sobie takie coś w Piotrkowie, żeby się odszlachcić; pokazać, że on tu jest odrębnym stanem sejmującym. Ale szlachta, jak to ona – aspirowała. I podobne dworki sobie pobudowała. Te rozłożyste dworki natomiast to już wiek XVII i to jest właśnie to, co zapadło nam w zbiorową pamięć bardziej od nieco siermiężnych pozygmuntowskich konstrukcji.

Młoda Polska, dwudziestolecie międzywojenne i bliskie im okresy dodały do krajobrazu nieco willi, gdzieś tam regionalnie powstało coś tak udanego jak styl zakopiański, pewne rzeczy z tych stylów weszły do szerszego obiegu. Zasadniczo jednak – dworek. Koniecznie z kolumnami, lukarnami, często oparty o plan z kilku brył na raz, w stylu antyczno modernistycznym, taki dworek zakrólował.

Ma być subiektywnie, więc mogę napisać, czy dworki mi się podobają. Otóż bywa, że tak. Tutaj warunkiem jest jednak otoczenie. Jak masz dworskie otoczenie, to wybuduj dworek. Możesz nawet trochę zaryzykować, dostawić oranżerię, wkomponować garaż. To może się udać. No może poza ośmiokątną wieżyczką – to już tylko dla odważnych. Wiem, można tam wstawić okrągły stół i awansować z byle posesjonata na anglosaskiego króla, ale w normalnym salonie taki stół też się zmieści. Wieże po prostu potrzebują swoich zamków.

Z tych dworków wyewoluowała też duża część domów, które można nazwać „normalnymi”. Większość tego, co zalega w katalogach to są właśnie takie projekty. Są jak kuchnia w kolorze dębowym – przewidywalne do bólu, nie trzeba się więc ich wstydzić i nikt się nie przyczepi.
Zdawać by się mogło, że dworki te będą podlegać kolejnym uproszczeniom formy i w końcu bardziej zbliżą się do chat, przynajmniej jeśli chodzi o regularność bryły. Okazało się jednak, że ubiegł je w tym kolejny pomysł na reaktywację znanego od dawna kształtu, czyli stodoła. Nowoczesna, oczywiście.

Nowoczesna stodoła ze stodoły ma kształt (bryłę), a z nowoczesnej minimalizm. Ozdoby, detale wykonywane z nadludzką cierpliwością, a nawet elementy sztuki w architekturze już były, teraz jest tylko prostota. Tak przynajmniej można często skonstatować patrząc na to, co się przewija (w elektronicznych katalogach, jak skrolujemy w dół, gdy włączymy filtr: nowoczesny). Inna nazwa: modernistyczny. A modernizm różni się tym od architektury tradycyjnej, że budynek ma w nim spełniać potrzeby, że tak napiszę, biologiczne. Problem w tym, że tylko. Ozdoby, nawet po prostu jakiś styl, to niepraktyczne fanaberie. Zresztą, mogą się komuś nie spodobać i co wtedy?
Stodoły mają więc to, co jest opłacalne jeśli chodzi o kształt – bryłę zwartą – i prawie nic poza tym. To znaczy nie ma okapów, nawisów (czasem wcale), nawet rynien nie widać. W ten sposób oszczędza się pewnie na materiale, a i robota wydaje się być łatwiejsza (tutaj uwaga – rzeczy takie, jak ukryte rynny to może być wyzwanie dla przeciętnego dekarza). Cóż, może też stodoły, oprócz tej swojej praktyczności, są trochę takim sposobem na pokazanie, że jest się ponadto. Ponad, na przykład, te dworki i chaty… Swoją drogą, ciekawa kolejność rzeczy: z chaty do dworku, a z dworku do stodoły…


Jeszcze zadziwiająca sprawa, choć tylko pozornie. Klimat umiarkowany oznacza u nas klimat zróżnicowany i to może inspirować do wszystkiego. Z jednej strony – do budowy willi jak na południu (dwupiętrowe, bez skosów, z dachami kopertowymi, o niskim spadzie) – przy tym na południu dom służy do ochrony przed słońcem, więc w takich domach okna nie są zbyt duże.
Z drugiej strony – w takiej Skandynawii słońce się łowi. Przeszklenie całej ściany może więc działać dla mieszkańców jak antydepresant. Odważne projekty, zwłaszcza indywidualne, są właśnie takie.

Dobrze, najwyższy czas na subiektywne podsumowanie.
Domy nie powinny być nudne. Choć ze względów energetycznych najlepiej jest, jeśli mają bryłę zwartą, to mogą też mieć jakiś styl. I to zalecam. Zrób stodołę w stylu (wietnamskim, American country, angielskim…). Weź pod uwagę, że latem słońce świeci z góry, więc może warto jednak wypuścić nieco dach i pobawić się cieniem. A jak chcesz dworek to jak najbardziej, tylko bez wieży. No, może lamus sobie dobuduj, jak już musisz…

A teraz ostatnie wyznanie. U nas jest połączenie bryły stodoły ze stylem baskijskim. Tylko to jest stodoła normalna, a nie nowoczesna. A stodoła tradycyjna wyglądała jak chata, tylko bez okien. Skoro jednak mamy okna, to mamy chatę, po prostu. Okapy jak najbardziej są. No i jest nawet ganek, też inspirowany budowlanką pirenejską, ale też tymi polskimi gankami. Nie ma jeszcze okiennic i paru detali, ale choć ten ganek zwraca uwagę. Panowie budowlańcy różnych fachów, jak chcieli powiedzieć do siebie (telefonicznie), że są właśnie u nas, to precyzowali, że są w tym domu z zielonym gankiem. Czyli jakiś zaczątek charakteru udało się stworzyć. A całość z zewnątrz wygląda, tak mi się zdaje, na mniejszą, niż jest. To też fajne.

Dodaj komentarz